Zrób coś szalonego!

Naszła mnie ochota, żeby zrobić coś szalonego i nieoczekiwanego nawet dla mnie samej. Co to by miało być? W zasadzie wszystko, co wpadnie mi do głowy, bez zastanawiania się nad sensem.

Po co miałabym robić coś szalonego?

Coś szalonego?
Coś niesamowitego?
Coś głupiego?
Coś dziwnego?
Coś absurdalnego?
Coś nonsensownego?
Coś nielogicznego?
Coś wariackiego?
Coś szajbniętego?

Wszystkie te przymiotniki są w tym wypadku jak najbardziej wskazane, a wręcz zalecane.

Chciałam zrobić coś szalonego, dziwnego; coś, czego bym raczej nigdy nie zrobiła, a może coś na przekór samej sobie. Chciałam się poczuć wolna, wyzwolona, szczęśliwa. Chciałam się poczuć dzieckiem. Ale nie tym zagubionym i smutnym, którym jestem przez całe życie, tylko wesołym, beztroskim, eksperymentującym. Robiącym coś, dlatego że ma na to ochotę, np. skacze po kałużach lub przygotowuje błotną zupę.

Chciałam po prostu posłuchać siebie.

coś szalonego

Każdy ma swojego mola, co go ćmola

Chciałam na moment wyjść ze swojej strefy komfortu, z niczego przed nikim ani samą sobą się nie tłumaczyć.

Im większy opór czułabym przed zrobieniem czegoś, tym większa pewność, że jest to dobry wybór, ponieważ leży to właśnie poza strefą komfortu. Dodam, że nie chodziło o to, że miałabym się do czegoś zmuszać, robić coś na tyle głupiego, że byłoby to niebezpieczne albo nielegalne. Nie czułam potrzeby chodzenia po dachu jak Ania Shirley albo kradzieży gumy do żucia ze stoiska przy kasie. Chodziło po prostu o dobrą zabawę oraz o przekroczenie granicy, którą tak naprawdę sama sobie wyznaczyłam z tylko sobie znanych (albo i nieznanych) powodów.

Niektóre punkty poniższej listy mogą więc się niektórym wydać co najmniej dziwne. Zakres strefy komfortu u każdego wytyczony jest w różnych punktach, nie można więc ostatecznie rozsądzić, co jest „normalne” i „naturalne”, a co niekoniecznie. Coś, co dla jednych jest codziennością, dla innych jest traumą.

Zacznę więc od spraw dla mnie najtrudniejszych na tej liście: od kolorów.

Kupiłam majteczki w kropeczki

Nie dość, że w kropeczki, to na dodatek nie były one czarne. Były granatowe. Mało tego. Kupiłam też zieloną sukienkę i czerwoną bluzę. Dlaczego jest to aż tak ważne? Jest to ważne, ponieważ od lat noszę tylko czarne ubrania. Noszę je z różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że sądzę, iż czarny kolor jest najpiękniejszy. Jest królem kolorów. Jest elegancki, dostojny, głęboki. Bardzo dobrze się w nim czuję i dobrze też czuję się w pomieszczeniach, w których jest dużo czerni. Noszę czarne ubrania jednak także z innego powodu: żeby się schować. Żeby się poczuć niewidzialna w tłumie. W moim przeświadczeniu kolory są wyzywające i przyciągają uwagę, a ja nie lubię być w jej centrum. Już i tak jestem widoczna ze względu na swoje gabaryty.

Wybranie, zakup, a przede wszystkim włożenie na siebie kolorowych ubrań jest dla mnie czymś tak nieoczywistym, krępującym, dziwnym i niecodziennym, że naprawdę ciężko mi się przełamać. Już nawet kolorowa bielizna była wyzwaniem. Ale granatowe majtki w białe kropki były tak urocze, że nie poczułam się zagrożona. Poszłam więc o krok dalej: wybrałam pierwsze kolorowe ubrania. Co prawda ich krój nie jest idealny, sukienka ma za duży dekolt, a bluza – za krótkie rękawy, ale zrobiłam pierwszy krok ku temu, aby zacząć odkrywać swoją kobiecość i bawić się kolorami.

A od mojej siostry dostałam zupełnie szalone majtki – w kolorze fuksji i turkusu. Takich nie miałam nawet w dzieciństwie! Bielizna jest dobrej jakości, wygodna i bardzo przyjemna w użytkowaniu. Już niedługo zamierzam paradować po zimowej plaży w fuksjowych gaciach, właśnie tak! Nawet jeżeli tylko ja będę wiedziała, że mam na sobie bieliznę w takim szalonym kolorze, dla mnie to i tak będzie wielka sprawa. Dziękuję!

coś szalonego

Założyłam kolorowe skarpety. Prrr, szalona!

Poprosiłam moją przyjaciółkę, żeby wybrała mi kolorowe skarpety. Sądzę, że jest w tej dziedzinie prawdziwym specjalistą. Nie dość, że sama lubi kolorowe skarpety, to wybiera je dla całej rodziny, zna się więc na rzeczy. Wszystkie moje skarpety są czarne. Mam też kilka par w czarno-białe pasy i leżą w mojej szufladzie właściwie tylko dlatego, że były sprzedawane w komplecie z czarnymi. Są najmniej zużyte, ponieważ sięgam po nie tylko wtedy, gdy zabraknie czarnych.

Dostałam kilka par kolorowych skarpet i ułożyłam je na wierzchu czarnej sterty. Gdy sięgam do szuflady po nową parę, najpierw widzę te kolorowe. Ogromną frajdę sprawia mi wybieranie wzoru skarpet. Do tej pory nie musiałam się nad tym zastanawiać, ponieważ wszystkie były tego samego koloru. Najbardziej ukochałam sobie czerwone skarpety w serduszka.

Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało cieszę się, że teraz również i ja jestem posiadaczką kolorowych skarpet. Dziękuję!

coś szalonego

Pomalowałam paznokcie na czerwono

To kolejna próba zabawy z kolorami. Nie tylko z kolorami, ale i kobiecością, a także robieniem sobie małych przyjemności. Któregoś dnia podczas zakupów spożywczych zadałam sobie pytanie: na co mam dziś ochotę? Pytanie nie dotyczyło składników spożywczych ze względu na dietę adaptacyjną. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to manicure. Niezbyt często go robię. Nie mam też w zwyczaju malowania paznokci. Jeżeli zdecyduję się kupić jakiś lakier, zazwyczaj obsycha on samotnie, wciśnięty do szuflady pod umywalką. Bywa, że lakier taki przeterminuje się, zanim zdążę go użyć.

Z kosmetykami jest też ten problem, że staram się wybierać je świadomie. Chcę, żeby nie były testowane na zwierzętach i aby były stworzone z naturalnych składników. Postanowiłam sprawdzić, czy producenci są w stanie sprostać moim oczekiwaniom. Trafiłam na wegańskie lakiery do paznokci, które nawet pędzelek miały wykonany z włókien roślinnych.

Tamtego dnia wybrałam czerwony, odważny lakier oraz top coat. Nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek miałam paznokcie pomalowane czerwonym lakierem. Brązowym czy bakłażanowym – tak. Ale czerwonym? Nie sądzę.

Czy wegański lakier i top są dobrej jakości i długo utrzymują się na płytce? Niestety nie, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Nie zamierzam stosować hybrydowych lakierów, więc lakier, który nie utrzymuje się zbyt długo, odpowiada mi nawet bardziej niż taki, który miałabym oglądać przez bite trzy tygodnie.

Jeżeli już robię manicure, rozkładam na stoliku ręcznik, ustawiam wokół potrzebne akcesoria, pilniczki, polerki, oliwkę, włączam audiobook lub ulubiony serial i poświęcam ten czas tylko dla siebie. Jest to rodzaj uziemiania.

Kiedyś bardzo lubiłam kształt swojej płytki paznokci oraz długie palce u rąk. Chciałabym je odzyskać, poszłam więc w stronę pieszczenia i uszanowania swojego ciała. Może to stereotyp, ale czerwone, piękne paznokcie zawsze były dla mnie symbolem kobiecości. Nigdy nie miałam odwagi takich nosić, ponieważ nigdy nie czułam się kobietą.

W wieku czterdziestu lat kupiłam sobie czerwony lakier do paznokci.

Weszłam po schodach, idąc tyłem

Mieszkamy na trzecim piętrze bez windy. Kształt klatki schodowej w bloku, w którym mieszkamy, nie jest standardowy – jest to rodzaj schodów krętych po kwadracie. Stopni jest więc tak naprawdę więcej niż w innego rodzaju schodach, np. zabiegowych.

Któregoś razu stanęłam u dołu klatki schodowej, złapałam za poręcz i postanowiłam wejść na górę tyłem. Nie było to łatwe, trwało też o wiele dłużej niż zwykle, ale za to ile frajdy sprawiło!

Po drodze nie zdążyłam się nawet zastanowić, czy któryś z sąsiadów widzi mnie przez wizjer, ponieważ musiałam się mocno skupić na tym, gdzie i jak stawiam każdy krok, żeby nie spaść. Naprawdę ciekawe ćwiczenie.

Wydrukowałam pracę dyplomową po kilku latach od obrony

Prawda jest taka, że żaden dyplom nie był mi nigdy do niczego potrzebny. Studiowałam, bo chciałam, a dyplom na koniec trafiał do szuflady. Ostatniego dyplomu nawet nie odebrałam, bo nigdy nie było mi po drodze do dziekanatu. Jednak nie powiem, że nie wisiało to nade mną. Przypominałam sobie o niezakończonej sprawie co jakiś czas i równie szybko o niej zapominałam. I tak minęły cztery lata. Właściwie byłam zmuszona go odebrać ze względów biurokratycznych – składałam papiery na nowy kierunek i tam wymagany był dyplom. Wybrałam więc moment, zorganizowałam się i pojechałam. I wtedy okazało się, że dostałam dyplom z wyróżnieniem, o czym nie miałam pojęcia. Było to miłe zaskoczenie i niespodzianka po latach, jednak pomyślałam sobie, że biedny dyplom nie zasługiwał na to, żeby przeleżeć w metalowej szafie, nietknięty przez cztery lata… Szanujmy pracę, którą wykonaliśmy i ceńmy samych siebie.

Na półce z pracami dyplomowymi przez wszystkie te lata było puste miejsce. I wreszcie je wypełniłam. Wydrukowałam i oprawiłam moją pracę magisterską, którą napisałam i obroniłam cztery lata temu. A przy okazji wydrukowałam też pracę licencjacką, którą pisałam sześć lat temu, niech będzie komplet. Ustawiłam obie prace na półce obok poprzedniej pracy oraz obok prac męża. I poczułam nie tylko zadowolenie, ale i ulgę.

Czy do czegoś mi te prace są tak naprawdę potrzebne? W zasadzie do niczego poza świadomością zakończenia pewnego etapu i możliwością postawienia ptaszka na liście przy punkcie spraw do załatwienia. Miło jest pomyśleć, że te ptaszki odhaczyłam nawet dwa i mam z bańki. A nad głową nie wisi już głaz wielkości Madagaskaru.

coś szalonego

Biegałam po parku jak Phoebe Buffay

Jeżeli ktoś nie wie, o kogo i o co chodzi, oto zajawka (SE6E07):

Phoebe, bohaterka serialu Friends, biegała beztrosko po parku, wymachując kończynami na lewo i prawo, zupełnie nie przejmując się tym, co pomyślą o niej ludzie.

Serial oglądam od samego początku istnienia, daje mi wiele radości nawet po ponad dwóch dekadach od jego zakończenia. Phoebe nie jest moją ulubienicą i nawet wiem dlaczego – ponieważ jest moim lustrem. Pokazuje mi wszystkie dziedziny życia i cechy osobowości, z którymi mam problem, więc sprawia, że czuję się niekomfortowo. Jednak z całą powagą mogę przyznać, że zazdroszczę Phoebe jej codziennej niemal beztroski i podejścia do życia.

Dlatego też bez odkładania tego na wieczne nigdy poszłam do parku i biegałam tak, że o mało nóg nie pogubiłam, wyobrażając sobie, że ścigam się do huśtawki albo uciekam przed Szatanem (psem sąsiadów).

Przyznam, że nie jestem w stanie oszacować, czy trudniejsze dla mnie było bieganie w ten sposób czy może zakup kolorowej kiecki…

Czy nie sprawiło to, że omal nie zapadłam się pod ziemię? Owszem, muszę przyznać, że na początku czułam się nieco zażenowana, ale radość i poczucie beztroski szybko zwyciężyły! Nie dałam rady biec zbyt długo ze względu na pokaźne gabaryty, ale i tak było świetnie!

Przeczytałam ostatnie zdanie powieści i dopisałam na jego podstawie początkową fabułę

W szkole uczono nas zapoznawania się z książką, której nie czytaliśmy, a o której wypadało coś wiedzieć. Należy zapoznać się z informacjami na okładce i obwolutach, można też przeczytać kilka fragmentów, przede wszystkim początek i koniec.

Przez wiele lat walczyłam potem sama ze sobą, aby nie zaglądać na koniec książki i nie czytać ostatniego zdania. Ale nigdy nie robiłam tego po to, aby wymyślić resztę fabuły – więc tym razem właśnie tak zrobiłam. Głównie po to, żeby sprawdzić, na ile powieść może być przewidywalna. Na podstawie tytułu, okładki oraz ostatniego zdania odgadłam dwa epizody opisane w powieści.

Udawałam zgubionego turystę

To wymagało nie tylko pokonania barier fobii społecznych, ale także niechęci ludzi do naruszenia zasad dystansu społecznego. Aby więc nikogo nie stresować, starłam się nie podchodzić zbyt blisko.

Udawałam zgubioną w obcym mieście turystkę, podeszłam do napotkanej na ulicy osoby, zapytałam o to, jak dojść w konkretne miejsce, a po wysłuchaniu wskazówek… poszłam w przeciwnym kierunku.

Nie mogłam niestety zobaczyć miny nieszczęśnika, który cierpliwie starał się wytłumaczyć jak krowie na rowie, gdzie należy iść, ale z uwagi na to, że eksperyment przeprowadziłam trzykrotnie i nikt nie zawołał, że idę w złą stronę, można sądzić, iż osoby te były tak zdumione, że nawet nie zdążyły zareagować. A może zwyczajnie miały to gdzieś, bo szkoda im było czasu. Tak czy siak ubaw miałam po pachy. Wysłałam tym osobom dobrą energię, żeby mogły sprawę potraktować z humorem. Nieco dystansu do samego siebie, Kochani!

Dasz się namówić, żeby zrobić coś szalonego? Odłóż telefon, wyłącz komputer, wstań zza biurka i zrób coś tak nieoczekiwanego i zabawnego, że aż sam siebie zaskoczysz!

W każdym razie ja nie zamierzam na tym poprzestawać.

A dla chętnych jeszcze jedna historia opowiedziana na koncie na Instagramie. Zapraszam!

Miranda Naiad

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.